wtorek, 31 maja 2016

10 letnia śmierć #Prolog

Każdy sądzi, że śmierć to kościotrup w czarnej pelerynie i kosą w ręku. Głupi stereotyp… Śmierć jest żądną zemsty kobietą, trochę przesadziłem, dziewczynką i to do tego 10 letnią, ubraną w różową sukieneczkę, z dwiema kitkami i śmiercionośnym lizakiem w ręce. Tak, dobrze napisałem - ś m i e r c i o no ś n y m  l i z a k i e m - brzmi idiotycznie, wiem, ale jeszcze bardziej idiotyczne jest to, że ludzie się na to nabierają. Banda idiotów, ze mną na czele. Tylko inni są już w niebie z Bogiem albo w piekle z gwiazdami rocka, a ja? A ja?! A ja muszę cierpieć w czyśćcu, bo miłosierny Bóg postanowił dać mi szansę pójścia do nieba! I mam jeszcze zostać aniołem, pfff… Anioł sam w sobie nie taka zła rzecz, nieźle by było wpadać na ziemię i straszyć kumpli, ale że mam być lewą ręką tego potwora przez którego siedzę w tym gównie?! Ona ma zabijać ludzi, a ja odprowadzać ich dusze aby „żyły w pokoju przez wieczność”. I co jeszcze? Może mam im robić wycieczkę krajoznawczą?!
Wszyscy martwi zgromadzeni, po prawej możemy oglądać świętych wychwalających te pyszne posiłki stworzone przez samą Gesslerową, a po lewej w oddali widnieje boski tron” taaak to będzie świetna robota…

poniedziałek, 12 października 2015

Andergrand #3

Hejka! Wreszcie udało mi się napisać rozdział 3. Jest krótki, ponieważ jakoś nie miałam na niego weny. Podzieliłam go na dwie części:
- Sen Willow ( głównej bohaterki i narratorki )
- Pamiętnik Willa.
Pamiętnik będę wprowadzać (przynajmniej mam taką nadzieję) co kilka rozdziałów aby wyjaśnić i pokazać sytuację u Willa i tą prawdziwą wersję wydarzeń, którą rzekomo opowiada Jack (brat Willow). Rozdział może być lekko nie zrozumiały, ale postaram się to wszystko wyjaśniać dalej. Wpadłam już na tytuł - Andergrand. Tutaj się mniej więcej wyjaśni czemu taki. Mam nadzieję, ze wszystko co chciałam to już napisałam.

Z racji tego, że Potterheadzi mieli wczoraj swój dzień to życzę wszystkim Potterheadom najlepszego!

Drobna uwaga dla mojej BESTFRENDEVER: i co?! Napisałam ten rozdział trzeci i nawet mam już tytuł! BUJA :D a ty jeszcze raz we mnie zwątpij...






#3

Obudziło mnie uderzenie w twarz. Zobaczyłam nad sobą trójkę czegoś, co przypominało zamienione osoby ( i kurczaki) w „Magicznym Mieczu”. Zabrali kołdrę, która nie wyglądała na moją. Zrzucili mnie z łóżka, kazali wstać, w jakimś dziwnym języku, który o dziwo zrozumiałam. Uderzyli mnie pałką bejsbolową pod kolana przez co upadłam.
- Po jaką cholerę kazaliście mi wstawać skoro i tak mnie wywaliliście? - usłyszałam głos Willa. Chciałam go odnaleźć lecz nie byłam w stanie poruszyć głową. Zignorowali jego uwagę. Związali mi z tyłu ręce i nogi, w taki sposób abym mogła sama chodzić. Prowadzili mnie jak psa na smyczy. Wyszliśmy z pokoju i skierowaliśmy się do schodów. Przez uchylone drzwi zobaczyłam śpiącą Allie i wtedy do mnie dotarło, że jestem w domu Willa. Zepchnęli mnie ze schodów. Nie czułam bólu, w sumie nie czułam nic. Znowu usłyszałam jego głos. Tym razem był to krzyk cierpienia. Para stworków zaczęła mnie kopać abym wstała i ruszyła dalej. Jak chcieli tak uczyniłam. Po chwili wyszliśmy z domu. Na ulicy paliło się kilka latarni. Jak zawsze było pusto. Podczas całej wędrówki byłam bita i popychana. Doprowadzili mnie na tyły opuszczonej fabryki położonej 2 mile od mojego domu. Otworzyli studzienkę kanalizacyjną i wepchnęli do środka. Znowu gleba i jego krzyk.
- Heloł ja nadal mam czucie w każdej części ciała i uwierzcie, że upadki bolą!
Szliśmy prosto i po jakiś 10 minutach skręciliśmy w prawo przy czym mój nos zderzył się ze ścianą. Ceglany mur zaczął się rozsuwać ukazując zupełnie inny świat. Wzdłuż ścieżki rosły wielkie, różnokolorowe grzyby przypominające muchomory. Moją pierwszą myślą było to jakim cudem wyrosły w ciemności, co z tego, że po prawej wgłębi korytarza dało się słyszeć krzyki umierających i torturowanych osób, a po ścieżce prowadzącej do Światła szły centaury. Tak, najlepiej przecież myśleć o tym dlaczego grzyby rosną! Zanim skierowaliśmy się do miejsca jęków, mignęła mi drewniana tabliczka z napisem Łelkom tu Andergrand.
Strzałka w prawo wskazywała Lochy
w lewo Sąd,
a na wprost do Światła – Andergrand.
Wrzucili mnie do pierwszej celi więc nie mogłam się rozejrzeć. Nagle świat zaczął wirować i po chwili zauważyłam Willa leżącego na ziemi. Z siłą rozpędzonego jednorożca (który jak mniemam błąka się gdzieś niedaleko) zostałam odrzucona do tyłu. Odbyłam z powrotem tą samą podróż prosto do łóżka chłopaka.





13 lipca 2005

Z takiego pięknego snu o torturowaniu Katie przez te małe gnomy wyrwał mnie Jack. Musiał zadzwonić w środku nocy no bo jakby to było gdyby zadzwonił o normalnej porze. Spotkaliśmy się koło studzienki. Jak zawsze towarzyszyły mi gnomy, jednak nie są na tyle tępe na ile wyglądają. Po tych „pięknych, wspólnie spędzonych latach” nauczyły się, aby mi nie ufać. Powiedział, że Willow zniknęła. Nie dziwię się, że jego pierwszą myślą było porwanie. Jak już się przekonaliśmy ONI są zdolni do wszystkiego. Mam tylko nadzieję, że nic poważnego jej się nie stało i że poszła bez zapowiedzi do Lucasa albo do Allie. Jack ma się ze mną skontaktować jak tylko będzie coś wiadomo. U chłopaków po staremu. Jack nadal sam, Lucas buja się w Allie ale nie ma odwagi żeby jej to powiedzieć. Ona też żyje… jak na razie.
Wreszcie sobie przypomnieli, że jestem głodny! Alleluja! Są już pod celą także trza chować pamiętnik bo jakoś mi się nie śpieszy, żeby go znaleźli. Z tego co wiem załatwili sobie jakiegoś tłumacza, więc robi się tu dla NAS LUDZI coraz gorzej.






Green

poniedziałek, 5 października 2015

Przyjaźń

Witajcie! Dawno nie było żadnego postu, bo w sumie nie było ani czasu ani weny (twórczej i życiowej), żeby cokolwiek wstawiać. W najbliższym czasie postaram się dokończyć rozdział 3 zaczęty dość dawno temu. Na chwile obecną wstawiam swoje stare opowiadanie konkursowe o przyjaźni (stąd tytuł posta). Pojawia się tam wzmianka o Ustrzykach, ale to tylko dlatego, że chciałabym tam kiedyś pojechać. Miłego czytania!



Był pierwszy dzień szkoły. Usiadłam na schodach koło bocznego wejścia. Przeprowadziłam się z wami do Końskich niecały tydzień temu, a już miałam dość tego miejsca. To miała być kolejna szkoła z której wyrzucili by mnie w przeciągu kilku miesięcy, gdzie z nikim bym się nie dogadywała, siedziała sama słuchając monotonnych lekcji nauczycieli. Schowałam głowę w rękach opartych na kolanach. Poczułam, że łzy napływają mi do oczu. Próbowałam je stłumić, ale na nic się to zdało, ponieważ zaraz poczułam jak spływają mi po policzkach. Podgłosiłam muzykę i próbowałam odizolować się od reszty świata. Pomimo piosenki Perfectu włączonej na cały regulator, słyszałam czyjeś kroki zbliżające się w moją stronę. Podniosłam głowę i szybko otarłam łzy rękawem mojej starej, zniszczonej, fioletowej bluzy. Zobaczyłam wysokiego szatyna. Stał nade mną i uśmiechał się w taki sposób za który miałam ochotę go uderzyć. Usiadł koło mnie i kazał przestać płakać. Powiedział, że ta szkoła nie jest taka zła na jaką wygląda i są tutaj jeszcze dobrzy ludzie, a mówiąc to wskazał na siebie. „I do tego jacy skromni” pomyślałam i zanim zdążyłam to wypowiedzieć, on zaczął mnie wypytywać o mój wiek, imię, klasę oraz inne rzeczy bez znaczenia. Kiedy chciałam zabawić się w detektywa zadzwonił dzwonek oznajmiający zaczęcie się tej katorgi - początek lekcji. Chłopak wstał, ale zahaczył nogą o plecak leżący na ziemi i zanim się obejrzałam, leżał twarzą przyciśniętą do betonu. Jedyne co słyszałam to jego cichy, bolesny jęk- „Żyję”. Dzięki niemu z mojej twarzy zniknęły łzy i pojawił się uśmiech. Kiedy się podniósł, sarkastycznie podziękował mi za udzieloną pomoc.
Po pięciu minutach dotarło do nas, że powinniśmy być właśnie na lekcji. Zaczęliśmy powoli kierować się do głównych drzwi. Odprowadził mnie pod klasę. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć usłyszałam jego krzyk z końca korytarza oznajmiający, iż ma na imię Fabian i gdybym chciała go znaleźć to chodzi do 2F. Nacisnęłam mosiężną klamkę i weszłam do sali. Nauczycielka była akurat na zapleczu, ale wyszła w momencie gdy dochodziłam do ostatniej ławki. Dało się słyszeć jej krzyk. Nie chciała wierzyć jakie to dzisiejsze nastolatki są okropne i nie mają w sobie w ogóle taktu i wyczucia czasu. Przez pół lekcji narzekała na moją osobowość, przez resztę tłumaczyła nam zasady savoir-vivre. Na przerwie szukałam chłopaka, którego poznałam jako pierwszego w Ustrzykach. Znalazłam go otoczonego kolegami pod salą od matematyki. Podniósł wzrok, zobaczył mnie w tłumie licealistów, pomachał i dał znak żebym do nich podeszła. Usiadłam na korytarzu między nim, a przystojnym blondynem, na którego punkcie jak się potem dowiedziałam, szalały wszystkie dziewczyny i miały mi za złe to, że odkąd pojawiłam się w szkole zaczęłam się z nim dogadywać. Miał na imię Michał, był przyjacielem Fabiana, a po kilku miesiącach również i moim. Na koniec przerwy poznałam ostatniego osobnika z którym spędziłam lata w liceum. Usiadł za mną i zanim zdążyłam wykonać jakikolwiek ruch, objął mnie i przyciągnął do siebie tak mocno, że nie dałam rady ruszyć żadną częścią mojego ciała. Gabriel. Miał prawie dwa metry i uwielbiał szydzić z mojego niskiego wzrostu. Nigdy z jego ust nie usłyszałam mojego prawdziwego imienia – Alicja - zawsze byłam dla niego po prostu Krasnalem.
Tak znalazłam przyjaciół. Mijały z nimi tygodnie, rozumieliśmy się jeszcze bardziej, a ja byłam coraz mniej lubiana przez dziewczyny. Pokazali mi wszystkie zakątki Ustrzyk i okolicznych wsi.
Po miesiącu Gabriel zaprosił mnie do siebie. Zrobił to w taki sposób jakbym była jego dziewczyną i miała przyjść na romantyczny obiadek z teściami… Mieszkał z mamą i dwoma braćmi - Alkiem (który właśnie siedzi ze mną w szpitalu i robi za niańkę) oraz Mikołajem (ten wdał się w bójkę o dziewczynę z kilkoma jej byłymi. Idioci zadali mu kilka raz ciętych w głowę i brzuch i wykrwawił się na miejscu, co dowodzi tylko tego, że dziewczyny są złe i większość rzeczy to ich wina). Przychodziłam do niego zawsze po szkole. Zżyłam się z nimi. Lubiłam ich i to z wzajemnością. Tak samo było z rodziną Fabiana. Tylko, że jego rodzice żyli razem, mieli dystans do świata, szanowali każdą decyzję syna, nawet tą o której istnieniu nigdy bym nie pomyślała. Ani razu natomiast nie byłam u Michała. Nie poznałam jego rodziny.

Nawet nie miałam pojęcia, że jestem taka tolerancyjna! Odkryłam kolejną cechę dzięki nim. Tak dokładniej uświadomili mnie o tym (i nie tylko) w wakacje 2007 roku w lipiec bodajże (dokładnie nie pamiętam bo to jedna z wielu rzeczy o której zapomniałam po wypadku). Siedziałam na schodach prowadzących do domu Fabiana, z nim właśnie, czekając na Gabriela. Kiedy wreszcie dotarł, odrzucił rower i stanął naprzeciwko mnie z wstającym powoli szatynem. Owijali dosyć długo w bawełnę, gdy wreszcie przeszli do sedna. „Znamy się już na tyle długo, żebyś wiedziała iż jesteśmy… trochę inni niż wszyscy… a tak dokładniej… homoseksualistami...” dokładnie tak brzmiały jego słowa. Mojej reakcji ci nie opiszę, ponieważ zbytnio jej nie pamiętam. Zresztą mało zostało mi w pamięci z tamtego dnia, tylko tyle jak to się wszystko zaczęło i dlaczego oraz że są razem… To była najdziwniejsza rzecz jakiej się dowiedziałam, ale była do przyjęcia. Oni akceptowali w pełni mnie więc ja ich też.
Nie będę ci opisywać tutaj moich przygód z chłopakami, ponieważ większość z nich znasz (opowiadałam ci je jak bywałam na haju, pod wpływem alkoholu ale w stanie zupełnej trzeźwości też), a jeśli ich nie znasz to znaczy, że nie są warte uwagi. Dowiesz się stąd jeszcze jednej rzeczy, tej przez którą zdecydowałam się napisać o ostatnich latach. Mianowicie wypadku.
Wybraliśmy się na Mazury, doskonale to wiesz jak i o tym co tam robiliśmy, ponieważ często dzwoniłeś, ale nie wiesz co spowodowało mój pobyt w szpitalu.
Wracaliśmy. Siedziałam z tyłu z Gabrielem. Michał i Fabian, który kierował, byli z przodu. Nagle chłopak stracił panowanie nad kierownicą, nie mógł zapanować nad pojazdem. Samochód skręcił na przeciwległy pas ruchu. Właśnie wtedy nadjeżdżała pędząca ciężarówka. Szatyn starał się zawrócić auto, ale nie dał rady. To był już koniec, nie mogliśmy nic zrobić. Gabriel chciał, żebym przeżyła bez względu na to czy miał poświęcić za mnie życie. Przysunął się w moją stronę i zasłonił własnym ciałem w momencie uderzenia. Wpadliśmy do rowu. Nie czułam już oddechu przyjaciela na swoich plecach. Czułam tylko krew spływającą z mojego nosa i z jego ciała. Potem widziałam już ciemność, a po ocknięciu ściany szpitala i twarz Alka...

Oni nie umarli. Są ze mną nadal. Widzę ich, przychodzą do mnie zawsze gdy jestem sama. Nie chcą tu być przy innych. Chyba się ich boją, ale nie wiem nie zdradzają mi powodu. Nie mówią mi też gdzie są, słyszę tylko że mam tu zostać i ich nie szukać. Wolą żebym została w Ustrzykach i nie szła do „lepszego miejsca” jak oni to określają, nigdy się chyba nie dowiem o jakie miejsce chodzi. Gdy pytam się o to mojej terapeutki Ireny ona zmienia temat.
W szpitalu nie ma prawdy, ale nie ma też kłamstw są tylko sekrety, tajemnice. Alek próbuje mi uświadomić co się dzieje, on jeden wierzy mi, że widzę Fabiana i Gabriela.
To są moje jedyne wspomnienia, pamiętam tylko ostatnie trzy lata. Te z nimi, z przyjaciółmi. Nie przypominam sobie wielu szczegółów z wcześniejszego życia, tylko dzień w którym się urodziłeś braciszku. Wszystko opisuję dla ciebie, piszę tu to czego nigdy nie miałam odwagi ci powiedzieć w twarz, z różnych powodów. Liczę na to, że kiedyś to znajdziesz, przeczytasz i dopiszesz koniec.



Odeszła. Pięć lat temu. Przez sen. Chociaż nie umierała w bólu i cierpieniu.

Jestem jej bratem – Bartek - znalazłem jej historię dopiero dzisiaj. Po tylu latach od spisania. Dokończyłem opowieść. Na pewno nie tak jakby ona to sobie wyobrażała, ale przynajmniej spełniłem jej ostatnią wolę.





Green

niedziela, 20 września 2015

#2

Hejo hej! Udało mi się skończyć drugi rozdział czegoś co jeszcze nie ma tytułu. Także jakby ktoś miał pomysł na tytuł to piszcie. No i po prostu zapraszam do czytania opowiadania i całego bloga, który dopiero się rozwija!

Rozdział 2

W całym domu paliły się światła. W korytarzu stał mój starszy brat Jack. Opierał się o ścianę, drugą przytykał do nosa. Na czarnej skórzanej kurtce zauważyłam świeżą krew. Zdejmując buty obrzucił nas krótkim spojrzeniem. Gdy jego wzrok spoczął na mnie wydawał się pełen troski i rozczarowania. Nagle z pokoju dobiegł mnie szloch babci i po chwili wybiegł z niego Gabriel.
- Boże, Jack! Co ci się stało?
- Pogadamy później – odpowiedział wymijająco – Co jej podałeś? - zwrócił się do Lucasa.
- Czemu z góry zakładasz, że to moja wina?!
- Bo znam cię od urodzenia i od urodzenia robisz głupie rzeczy?
Brat podszedł do mnie i wyręczył mnie w pomaganiu pokrzywdzonej. Chłopaki skierowali się do kuchni, a ja powlokłam się za nimi. Po chwili przywędrowała babcia zalana łzami. Objęła mnie z taką siłą, że zabrakło mi tchu, a później odwróciła się do kuchenki i wstawiła wodę na herbatę. Jack podszedł do niej i szepnął coś na ucho, czego żadne z nas nie usłyszało i babcia wróciła do swojego pokoju.
- Więc powiesz mi w końcu co zaszło? - oparł się o brzeg kuchenki i skrzyżował ręce.
- Widać, że jesteście rodziną.
Chłopak powtórzył to samo co wtedy mnie. Will przybrał tą samą reakcję.
- Mówisz tak jakbyś miał ją gdzieś – ten sam oskarżycielski ton. Naprawdę jesteśmy do siebie podobni.
- Stary, nie pierdol! - krzyknął w odpowiedzi. Pewnie znowu by była powtórka z rozrywki, ale przy Allie nic nie powie.
Po tym w całej kuchni zapadła cisza. 15-latka spojrzała na chłopaka, jakby zrozumiała jego słowa i ukryty w nich sens. Lucas miał strach wypisany na twarzy. Bał się, że właśnie wygadał tajemnicę swojego życia. Coś o czym wiedziałam ja, mój brat i Will. W sumie to każdy widział co i jak, ale Allie zdawała się tego nie zauważać. Była ślepa na jego uczucia. A on nie chciał jej nic powiedzieć. Nie lubił być w stanie zakochania. Jego to przerastało, miał tego dosyć. Bał się miłości i bał się rozmawiać szczerze o uczuciach. Nawet my jako przyjaciele musieliśmy czytać między wierszami jeśli chcieliśmy z nim porozmawiać o jego temacie tabu.
Na razie nie miał się czego bać. Po atakach była w stanie odrętwienia. Nie docierały do niej w pełni słowa wypowiedziane z ust innych osób. Wyłapywała tylko pojedyncze z nich. Jej wzrok z jednej strony był nieobecny. Z drugiej pełen wdzięczności, ale też i lekkiego strachu. Nagle cisze przerwał gwizd czajnika. Jack wyjął z szafki cztery szklanki w których zaparzył herbatę. Jedną nakazał zanieść Gabrielowi do pokoju babci. Resztę postawił przed nami.
- Tak w ogóle to dlaczego zostawiłeś ją tam samą? - zapytał mój 19-letni brat siadając w rozkroku na krześle. Swoją obecnością w momencie wypowiadania tych słów zaszczycił nas Gabriel wspinając się na moje kolana. Mimo, iż skończył 13 lat nadal nie pozbył się nawyku, który wyrobił sobie po odejściu rodziców.
- Problemy natury technicznej – odparł cicho patrząc na wrzący napój w szklance tuż przed jego nosem. Jack nic nie odpowiedział tylko uśmiechnął się tajemniczo.
Gdy wypiliśmy herbatę dziewczyna wróciła już do siebie. Wyglądała prawie tak samo jak zawsze. Odzyskała już zdolność mówienia więc mogliśmy usłyszeć historię, której brakowało w opowieści naszego zakochańca.
- No więc od czego mam zacząć? - usłyszeliśmy jej głos po raz pierwszy od akcji ratowniczej.
- Najlepiej od początku – uprzedził nas niespodziewanie Gabriel.
- Męczyłam Lucasa, aby mnie zabrał na tę imprezę od jakiegoś tygodnia – Katie jak wszystkie księżniczki planowała imprezę z co najmniej miesięcznym wyprzedzeniem – Nie mówiłam wam nic, bo wiedziałam, że będziecie mieli takie miny jak teraz – nasz wzrok mógł zabić – Wszystko było okey dopóki Lucas nie zostawił mnie samej. Podeszła do mnie Katie. Dała mi rzekomo wodę, pogadałyśmy chwilę i sobie poszła. W pewnej chwili zrobiło mi się zimno i źle się poczułam. Na szczęście wrócił Lucas i mnie stamtąd zabrał. Resztę już chyba wiecie. Tak w ogóle Allie dzięki za uratowanie życia… znowu – po chwili zastanowienia dodała – Po drodze zaczęłam mieć omamy, wydawało mi się, że widzę krasnoluda, heh – wydała z siebie cichy śmiech.
Spojrzałam na starszych chłopaków, którzy wymienili ze sobą znaczące spojrzenia. Wydawało mi się to dziwne, ale już nic nie powiedziałam.

# # #

Gdy sobie poszli wróciłam do łóżka. Potrzebowałam odespać tę noc. Kiedy leżałam w łóżku drzwi otworzyły się z rozmachem i stanął w nich Jack.
A no tak. Zapomniałam, że jeszcze ja będę musiała się tłumaczyć” pomyślałam i wróciłam do pozycji siedzącej.
- Wiesz jak się o ciebie martwiliśmy człowieku?! Mogłaś chociaż kartkę zostawić, że idziesz ludzia ratować! Cały dom na nogi postawiłaś! Małemu śniły się koszmary a jakby tego było mało to jeszcze ciebie w łóżku nie zastał! Jak myślisz co pomyślał? Był pewien, że go zostawiłaś jak ci tchórze, którzy przez 9 lat mojego życia śmiali się nazywać moimi rodzicami! Jeszcze telefonu nie raczyłaś ze sobą zabrać, no bo po co? Niech inni się zamartwiają najlepiej mieć to w dupie! - krzyczał wyrzucając ręce w góre.
- Sądzisz, że wiem co robić gdy o 3 rano wyrywa mnie z łózka zdenerwowany głos przyjaciela? Myślałam, ze będziecie spali i obudzę was dopiero gdy wrócę – nie miałam siły żeby się kłócić. Nie z nim – Przepraszam.
Gdy to usłyszał podszedł do mnie i przytulił jakby chciał żebym zapomniała o dzisiejszej nocy. Poczułam, że po policzkach spływają mi łzy. Nagle do mojego umysłu wdarło się jedno słowo i krążyło po nim domagając się wyjaśnienia. Rodzice.
- Jack – zaczęłam cicho. Chyba wiedział, że zacznę poruszać drażliwy temat, bo odsunął się ode mnie i powoli wstał – dlaczego tak bardzo nienawidzisz rodziców? Nadal masz do nich żal za to, że nas zostawili?
Stał koło drzwi. Spuścił głowę i pokręcił nią jakby chciał powiedzieć, że nadal przez tyle lat nic nie zrozumiałam.
- Nie chodzi o to, że nas zostawili, ale o to w jaki sposób.
- Po prostu pewnej nocy wyjechali i tyle. Przecież mogło być gorzej – gadałam jakbym nadal miała 12 lat.
- Nie Willow. Tej nocy ty spałaś niczego nie świadoma. Ja się obudziłem. Rozmawiałem z nimi. I wiesz co mi powiedzieli? - pokręciłam głową. Miał rację. Przez te 10 lat żyłam niczego nie rozumiejąc – Willow oni mi powiedzieli, że mógłbym umrzeć, a oni i tak by to mieli gdzieś – rzucił mi ostatnie spojrzenie. W oczach miał łzy, patrzył na mnie nimi przez sekundę po czym zamknął drzwi.
Zerwałam się z łózka i pobiegłam za bratem. Zanim zdążyłam otworzyć drzwi zrobił to Gabriel. Rzucił mi się w ramiona. Podniosłam go i zabrałam do swojego łóżka. Położyłam się koło niego.

Ma 13 lat, a zachowuje się na jakieś 5. Musimy go wreszcie nauczyć być prawdziwym chłopakiem. Coś czuje, że po obudzeniu czeka mnie poważna rozmowa z Jackiem o naszej rodzinie.” Ostatnia myśl przed pójściem w objęcia snu.



Green

czwartek, 17 września 2015

#1 (jeszcze nie ma genialnego tutułu)

Zaczęłam pisać opowiadanie/książkę czy coś w ten deseń, ale jak widać w tytule posta jeszcze nie mam pomysłu na tytuł. Nie będę jej tutaj streszczać, bo w sumie określonej wizji nie mam i książka pisze się na tak zwanego żywca. Więc zapraszam do przeczytania zamieszczonego niżej rozdziału namber łan.



Rozdział 1

-Halo -powiedziałam zaspana patrząc na zegarek- Kurwa Lucas jest trzecia w nocy!
Z wściekłości i nie wyspania nie usłyszałam dokładnie jego słów. Zrozumiałam z jego zdenerwowanego bełkotu tyle, że jest z Allie w dawno już opuszczonym domu towarowym na Brixton. Z racji tego, że jestem taką kochaną przyjaciółką, założyłam moje różowe, puchate kapcie w kształcie króliczków, które dostałam na 16-te urodziny od Willa, zabrałam torbę i pociekłam do tych debili w zielonej pidżamie w jednorożce. To połączenie razem z moimi oczojebnymi, niebieskimi włosami i z torbą lego ninjago mojego młodszego brata Gabriela, zawsze wygląda genialnie. Mają szczęście, że dom jest niedaleko mojego miejsca zamieszkania.
„Chociaż noc jest ciepła” przemknęło mi przez myśl, przy zamykaniu drzwi. Jakieś pięć minut po trzeciej byłam już przy nich. Z daleka zobaczyłam klęczącą postać na schodach. Lucas. Zasłaniał czyjeś ciało.
-Pospiesz się do kurwy nędzy! Coś się z nią dzieje!- usłyszałam (jak zresztą okoliczni mieszkańcy też) krzyk przecinający nocną ciszę. Te jego nawyki aby drzeć się wniebogłosy przy „lekkim” zdenerwowaniu.
Gdy się zbliżyłam zrozumiałam wszystko. To była Allie. Leżała na najwyższym stopniu. Była blada, miejscami przybierała odcienie zieleni. Dostała drgawek. Koło drzwi zauważyłam wymiociny, jak mniemam jej. Zaczęło się. Narządy powoli przestawały pracować. Umierała.
-Pomóż mi ją posadzić- no i zaczęło się moje rozkazywanie. Moim życiowym celem było zostać ratownikiem medycznym, więc miałam już mniej więcej opanowane ratowanie, a tym bardziej jej.
Gdy już siedziała oparta o ścianę budynku, wyjęłam z torby tabletki oraz butelkę z wodą.
-Masz, musisz zażyć dwie tabletki pamiętasz?- próbowałam przemówić do jej zdychającego rozumu.
Kiwnęła ledwo dostrzegalnie głową i sięgnęła drżącą ręką po butelkę. Wylała prawie połowę zawartości, więc zdecydowałam się jej pomóc. W oddali słyszałam ciche pojękiwania Lucasa. Odwróciłam się w jego stronę. Chodził w te i wewte po chodniku, trzymając głowę rękami, powtarzał w kółko:
„Will mnie zabije. Boże, on mnie zabije. On mi tego nie wybaczy.”
Zalała mnie fala wspomnień. Will- brat Allie, która była jego oczkiem w głowie. Był starszy o te dwa lata lata, a jednak miał to swoje cholerne 1.85 m. Wyjechał kilka lat temu i do tej pory ani razu do nas nie przyjechał, nawet na nasze urodziny. Wysłał tylko prezenty pocztą. Oczy były najpiękniejsze z niego całego (no może oprócz jego różowych włosów tak pięknie zrobionych przez Lucasa na różowo). Niebieskie, w których zatapiała się każda laska, potrafiące wydobyć ze mnie każdą tajemnicę…
-Strzy… kaw…- cichutki jęk dziewczyny przerywany kaszlnięciami wyrwał mnie z zamyślenia.
Pospiesznie wyjęłam z torby strzykawkę o której zapomniałam. Podciągnęłam rękaw męskiej bluzy o wiele za dużej jak na tak drobną dziewczynę. Rękaw robił mi na złość i ciągle opadał. Musiałam zawołać przyjaciela, aby mi pomógł. Nareszcie wbiłam igłę w żyłę i wpuściłam zawartość do jej wnętrza. Odetchnęliśmy z ulgą.
Wstałam i zbliżyłam się do 18-latka. Rozległo się głośne plaśnięcie, gdy moja rozpędzona ręka trafiła w jego policzek, gdzie został czerwony ślad.
-Co ty sobie myślałeś?! Gdzie ty z nią byłeś?! Po tylu latach jeszcze do ciebie nie dotarło, że ona jest chora?! Co jej dałeś?! Nie musisz się martwić, że Will cię zabije, bo ja z przyjemnością zrobię to pierwsza!- krzyczałam ile sił w płucach. Byłam na niego wściekła. Dobrze wiedział, że jest chora. Jej organizm nie potrafi przyjąć alkoholu, papierosów ani narkotyków. Od choćby najmniejszej dawki może umrzeć- Ona mogła umrzeć!- wydałam ostatni krzyk. Późniejsze słowa zamieniły się w szloch- Mogła umrzeć.
Od tak dawna nie dopuszczałam do siebie tej myśli. Lucas widząc moje łzy spływające po moich policzkach przyciągnął mnie do siebie i mocno przytulił. Na początku rzucałam się chcąc aby mnie puścił. Nie dawał za wygraną, więc w końcu zrezygnowałam i wtuliłam się w jego koszulkę walącą potem i czymś jeszcze czego nie potrafiłam określić.
-Uspokój się na chwilę i zrób jej jeszcze jeden zastrzyk. Potem możesz znowu zacząć mnie bić.
Wytarłam łzy o jego koszulkę. Wtedy dotarło do mnie co jeszcze wyczułam- alkohol. A więc to jej dał?! Wróciłam do dziewczyny. Wstrzyknęłam jeszcze jedną dawkę leku. Patrzyła na mnie oczami pełnymi bólu. Próbowałam uśmiechnąć się na poprawę humoru, ale nic mi z tego nie wyszło. Zauważyła moją zagubioną minę i pokazała swoje białe zęby na znak, że jest już lepiej. W tym momencie się uspokoiłam. Odwróciłam się i powróciłam do przepytywania osobnika płci przeciwnej.
-Więc powiesz mi w końcu co zaszło?- spytałam moim naturalnym tonem krzyżując ręce na piersi.
-Zabrałem ją na imprezę do Katie. Robiła 16-te urodziny.
Katie. Dziecko szatanicy. Mam to jebane szczęście i wylądowałam z nią w klasie… znowu. Żyję z nią od pierwszej klasy podstawówki, a niestety miałam z nią styczność już wcześniej. Poznałam ją na dwa lata wstecz podczas urodzin Lucasa- jej kuzyna. Była, hmmm jakby to ująć żeby nie wyjść na tą złą, chamską i okrutną, dość pulchną osobą. Szlajała się wszędzie ze swoją cycatą psiapsiółą, również Katie. Obie miały brązowe włosy sięgające do łokci związywane dzień w dzień w kucyk. Ładne nie były, no ale takie brzydkie też nie. Nakładały tonę makijażu. Co tydzień zmieniały chłopaka, a potem rozpaczały, że taka „wielka miłość” się kończy.
-Odpowiadając na jeszcze nie zadane pytanie- kontynuował widząc moją minę- Ja też jej nienawidzę. To nie była moja decyzja. Allie chciała iść, chciała choć raz poczuć się normalnie, więc ją zabrałem. Wszystko było dobrze. Nie piła, nie paliła. Nawet słowa nie powiedziała, że chce spróbować. Byłem z nią cały czas. Zostawiłem ją tylko na pięć sekund. Pięć sekund! Jak do niej wróciłem powiedziała, że źle się czuje, że jej zimno. Z nosa zaczęła lecieć jej krew. Nie chciała wracać do siebie, więc zabrałem ją do ciebie. I takim sposobem znaleźliśmy się tutaj- skończył opowieść rozkładając ręce.
-Mówisz tak jakby ona dla ciebie nic nie znaczyła, jakby to co się stało było niczym- stwierdziłam oskarżycielskim tonem.
-Wiesz, że to nie prawda, wiesz jak mi na niej zależy. I zdajesz sobie sprawę z tego, że nie potrafię okazywać uczuć, nawet w takich sytuacjach- po chwili dodał- Dobra, wiesz już jak jest, znasz mnie od dawna i powinnaś wiedzieć co czuje nawet jeśli nie potrafię tego okazać. A teraz możemy skończyć gadać i zabrać ją ze schodów?- mówiąc to wskazał na opierającą się wciąż o budynek dziewczynę.
Wyglądała już lepiej, kolory powoli powracały na jej twarz. Wciąż była zbyt słaba, by iść o własnych nogach. Pomogliśmy jej wstać i wzięliśmy ją pod ramię kierując się do mojego domu. Po dziesięciu minutach taszczenia Allie nareszcie dotarliśmy. Przy otwieraniu drzwi zamarłam.



Green

środa, 16 września 2015

Zaczynamy!

Tak krótko słowem wstępu. Mieszkam w małym mieście (czyt. zadupiu). Chodzę do gimnazjum. Na blogu będę udostępniać moje pomysły, przemyślenia, pojawią się też recenzje piosenek i książek, ale głównie blog został stworzony z myślą o jakiś moich opowiadaniach, którymi bym chciała się z wami podzielić. Będę się posługiwać pseudonimem – Green. Hmmm, i to by było chyba na tyle, jak na dzisiejszy post wena się skończyła, tak że ten do następnego postu

Green