czwartek, 17 września 2015

#1 (jeszcze nie ma genialnego tutułu)

Zaczęłam pisać opowiadanie/książkę czy coś w ten deseń, ale jak widać w tytule posta jeszcze nie mam pomysłu na tytuł. Nie będę jej tutaj streszczać, bo w sumie określonej wizji nie mam i książka pisze się na tak zwanego żywca. Więc zapraszam do przeczytania zamieszczonego niżej rozdziału namber łan.



Rozdział 1

-Halo -powiedziałam zaspana patrząc na zegarek- Kurwa Lucas jest trzecia w nocy!
Z wściekłości i nie wyspania nie usłyszałam dokładnie jego słów. Zrozumiałam z jego zdenerwowanego bełkotu tyle, że jest z Allie w dawno już opuszczonym domu towarowym na Brixton. Z racji tego, że jestem taką kochaną przyjaciółką, założyłam moje różowe, puchate kapcie w kształcie króliczków, które dostałam na 16-te urodziny od Willa, zabrałam torbę i pociekłam do tych debili w zielonej pidżamie w jednorożce. To połączenie razem z moimi oczojebnymi, niebieskimi włosami i z torbą lego ninjago mojego młodszego brata Gabriela, zawsze wygląda genialnie. Mają szczęście, że dom jest niedaleko mojego miejsca zamieszkania.
„Chociaż noc jest ciepła” przemknęło mi przez myśl, przy zamykaniu drzwi. Jakieś pięć minut po trzeciej byłam już przy nich. Z daleka zobaczyłam klęczącą postać na schodach. Lucas. Zasłaniał czyjeś ciało.
-Pospiesz się do kurwy nędzy! Coś się z nią dzieje!- usłyszałam (jak zresztą okoliczni mieszkańcy też) krzyk przecinający nocną ciszę. Te jego nawyki aby drzeć się wniebogłosy przy „lekkim” zdenerwowaniu.
Gdy się zbliżyłam zrozumiałam wszystko. To była Allie. Leżała na najwyższym stopniu. Była blada, miejscami przybierała odcienie zieleni. Dostała drgawek. Koło drzwi zauważyłam wymiociny, jak mniemam jej. Zaczęło się. Narządy powoli przestawały pracować. Umierała.
-Pomóż mi ją posadzić- no i zaczęło się moje rozkazywanie. Moim życiowym celem było zostać ratownikiem medycznym, więc miałam już mniej więcej opanowane ratowanie, a tym bardziej jej.
Gdy już siedziała oparta o ścianę budynku, wyjęłam z torby tabletki oraz butelkę z wodą.
-Masz, musisz zażyć dwie tabletki pamiętasz?- próbowałam przemówić do jej zdychającego rozumu.
Kiwnęła ledwo dostrzegalnie głową i sięgnęła drżącą ręką po butelkę. Wylała prawie połowę zawartości, więc zdecydowałam się jej pomóc. W oddali słyszałam ciche pojękiwania Lucasa. Odwróciłam się w jego stronę. Chodził w te i wewte po chodniku, trzymając głowę rękami, powtarzał w kółko:
„Will mnie zabije. Boże, on mnie zabije. On mi tego nie wybaczy.”
Zalała mnie fala wspomnień. Will- brat Allie, która była jego oczkiem w głowie. Był starszy o te dwa lata lata, a jednak miał to swoje cholerne 1.85 m. Wyjechał kilka lat temu i do tej pory ani razu do nas nie przyjechał, nawet na nasze urodziny. Wysłał tylko prezenty pocztą. Oczy były najpiękniejsze z niego całego (no może oprócz jego różowych włosów tak pięknie zrobionych przez Lucasa na różowo). Niebieskie, w których zatapiała się każda laska, potrafiące wydobyć ze mnie każdą tajemnicę…
-Strzy… kaw…- cichutki jęk dziewczyny przerywany kaszlnięciami wyrwał mnie z zamyślenia.
Pospiesznie wyjęłam z torby strzykawkę o której zapomniałam. Podciągnęłam rękaw męskiej bluzy o wiele za dużej jak na tak drobną dziewczynę. Rękaw robił mi na złość i ciągle opadał. Musiałam zawołać przyjaciela, aby mi pomógł. Nareszcie wbiłam igłę w żyłę i wpuściłam zawartość do jej wnętrza. Odetchnęliśmy z ulgą.
Wstałam i zbliżyłam się do 18-latka. Rozległo się głośne plaśnięcie, gdy moja rozpędzona ręka trafiła w jego policzek, gdzie został czerwony ślad.
-Co ty sobie myślałeś?! Gdzie ty z nią byłeś?! Po tylu latach jeszcze do ciebie nie dotarło, że ona jest chora?! Co jej dałeś?! Nie musisz się martwić, że Will cię zabije, bo ja z przyjemnością zrobię to pierwsza!- krzyczałam ile sił w płucach. Byłam na niego wściekła. Dobrze wiedział, że jest chora. Jej organizm nie potrafi przyjąć alkoholu, papierosów ani narkotyków. Od choćby najmniejszej dawki może umrzeć- Ona mogła umrzeć!- wydałam ostatni krzyk. Późniejsze słowa zamieniły się w szloch- Mogła umrzeć.
Od tak dawna nie dopuszczałam do siebie tej myśli. Lucas widząc moje łzy spływające po moich policzkach przyciągnął mnie do siebie i mocno przytulił. Na początku rzucałam się chcąc aby mnie puścił. Nie dawał za wygraną, więc w końcu zrezygnowałam i wtuliłam się w jego koszulkę walącą potem i czymś jeszcze czego nie potrafiłam określić.
-Uspokój się na chwilę i zrób jej jeszcze jeden zastrzyk. Potem możesz znowu zacząć mnie bić.
Wytarłam łzy o jego koszulkę. Wtedy dotarło do mnie co jeszcze wyczułam- alkohol. A więc to jej dał?! Wróciłam do dziewczyny. Wstrzyknęłam jeszcze jedną dawkę leku. Patrzyła na mnie oczami pełnymi bólu. Próbowałam uśmiechnąć się na poprawę humoru, ale nic mi z tego nie wyszło. Zauważyła moją zagubioną minę i pokazała swoje białe zęby na znak, że jest już lepiej. W tym momencie się uspokoiłam. Odwróciłam się i powróciłam do przepytywania osobnika płci przeciwnej.
-Więc powiesz mi w końcu co zaszło?- spytałam moim naturalnym tonem krzyżując ręce na piersi.
-Zabrałem ją na imprezę do Katie. Robiła 16-te urodziny.
Katie. Dziecko szatanicy. Mam to jebane szczęście i wylądowałam z nią w klasie… znowu. Żyję z nią od pierwszej klasy podstawówki, a niestety miałam z nią styczność już wcześniej. Poznałam ją na dwa lata wstecz podczas urodzin Lucasa- jej kuzyna. Była, hmmm jakby to ująć żeby nie wyjść na tą złą, chamską i okrutną, dość pulchną osobą. Szlajała się wszędzie ze swoją cycatą psiapsiółą, również Katie. Obie miały brązowe włosy sięgające do łokci związywane dzień w dzień w kucyk. Ładne nie były, no ale takie brzydkie też nie. Nakładały tonę makijażu. Co tydzień zmieniały chłopaka, a potem rozpaczały, że taka „wielka miłość” się kończy.
-Odpowiadając na jeszcze nie zadane pytanie- kontynuował widząc moją minę- Ja też jej nienawidzę. To nie była moja decyzja. Allie chciała iść, chciała choć raz poczuć się normalnie, więc ją zabrałem. Wszystko było dobrze. Nie piła, nie paliła. Nawet słowa nie powiedziała, że chce spróbować. Byłem z nią cały czas. Zostawiłem ją tylko na pięć sekund. Pięć sekund! Jak do niej wróciłem powiedziała, że źle się czuje, że jej zimno. Z nosa zaczęła lecieć jej krew. Nie chciała wracać do siebie, więc zabrałem ją do ciebie. I takim sposobem znaleźliśmy się tutaj- skończył opowieść rozkładając ręce.
-Mówisz tak jakby ona dla ciebie nic nie znaczyła, jakby to co się stało było niczym- stwierdziłam oskarżycielskim tonem.
-Wiesz, że to nie prawda, wiesz jak mi na niej zależy. I zdajesz sobie sprawę z tego, że nie potrafię okazywać uczuć, nawet w takich sytuacjach- po chwili dodał- Dobra, wiesz już jak jest, znasz mnie od dawna i powinnaś wiedzieć co czuje nawet jeśli nie potrafię tego okazać. A teraz możemy skończyć gadać i zabrać ją ze schodów?- mówiąc to wskazał na opierającą się wciąż o budynek dziewczynę.
Wyglądała już lepiej, kolory powoli powracały na jej twarz. Wciąż była zbyt słaba, by iść o własnych nogach. Pomogliśmy jej wstać i wzięliśmy ją pod ramię kierując się do mojego domu. Po dziesięciu minutach taszczenia Allie nareszcie dotarliśmy. Przy otwieraniu drzwi zamarłam.



Green

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz